niedziela, 9 kwietnia 2017

MINIMALIZM W MODZIE




Minimalizm w modzie powoli zaczyna brzmieć jak oksymoron. Bo dziś moda krzyczy kolorami, printami, miksowaniem wszystkiego ze wszystkim. Topowe blogerki lansują modę na garderobiany groch z kapustą , od którego można dostać oczopląsu. Srebro, brokat, skarpetki, kabaretki, hafty, cekiny, piórka i falbanki. Sieciówki też nie zostają dłużne w tym temacie. A portale modowe codziennie zasypują nas nowym „must have”. Musisz to mieć, bądź trendy, tego nie może zabraknąć w Twojej szafie – krzyczą nagłówki. 


A mnie zawsze najbardziej fascynował w modzie minimalizm, puryzm, asceza. Wbrew pozorom, minimalistyczny, basicowy styl nie jest łatwy w noszeniu.  Nie jest wcale łatwo oczarować za pomocą oszczędnych środków. To nie lada sztuka stworzyć minimalistyczny look, który nie bije po oczach, a uwodzi pomysłem.  Ktoś kiedyś powiedział, że minimalizm jest nudny i  brakuje mu fantazji. Bzdura. I w tym stylu jest miejsce na tworzenie ciekawych stylizacji, które zapadają w pamięć. Caroline de Maigret czy Tilda Swinton są tego najlepszym dowodem.  Dla mnie minimalizm m to wyższa szkoła modowej jazdy, który wymaga nie lada wyczucia estetycznego. 




Kiedy ostatnio otworzyłam swoją przepastną szafę, odkryłam, że większość ubrań jest kompletnie zbędna, totalnie niekompatybilna z moją osobowością. Że większość ciuchów to efekt kompulsywnego wręcz kupowania mającego być antidotum na chandrę, jesienną deprechę czy wiosenne przesilenie. Oczywiście, proces pozbywania się zbędnego koloru, printu czy innych ozdobników  jest powolny. Do minimalizmu wciąż dojrzewam. Uczę się go. Ale sprawia mi to dużo radości. 




Minimalizm modowy doczekał się dziś nawet swoistej filozofii zwanej slow fashion. Slow fashion stawia na mądre zakupy polegające na zaopatrywaniu się w rzeczy droższe, ale świetnej jakości, które posłużą na lata, a nie jeden sezon.  W slow fashion nie chodzi o epatowanie metkami i pokazywaniem logo od znanego projektanta.  Tutaj  liczy się przede wszystkim dyskrecja. Minimalizm to monochromatyczna paleta barw, która dopuszcza od czasu do czasu mocniejszą barwę, ale dozwoloną tylko w jednym akcencie. Styl minimalisytczny jest impregnowany na trendy, wyznaje zasadę „mniej znaczy więcej” i stawia na ponadczasową klasykę, która nigdy nie wychodzi z mody. 


Coco Chanel mawiała: „przed wyjściem z domu spójrz na siebie i zdejmij jedną rzecz.” To złota zasada, którą wzięłam sobie do serca. I którą kierowałam się przy stworzeniu tego outfitu. I marzy mi się gdzieś tm skrycie, by w polskiej blogosferze było mniej pogoni za lookbookami znanych marek, a więcej autorskiej inwencji; mniej krzykliwych kolorów i printów, a więcej ponadczasowej klasyki i umiaru. Tego mi brakuje – brakuje mi tego mniej, które znaczy więcej.


foto Grzegorz Makiła

żakiet -Zara
jeansy - Noisy May
buty- Asos
plecak - Cos

 Caroline de Maigret

 Tilda Swinton

via Pinterest